Kiedy myśleliśmy, że świat superbohaterów nie może bardziej przypominać czarnej komedii niż rzeczywistości, „The Boys” kolejny raz mówi: „potrzymaj mi piwo”. Najnowszy sezon tej bezkompromisowej serii wchodzi na ekran ze sparkingową mieszanką sarkazmu, krwi, teorii spiskowych i niezdrowego zamiłowania do wszystko-wysadzających zakończeń. Czy najnowsza odsłona tego serialowego fenomenu dorównuje poprzednim? Spoiler: Jest grubo. I naprawdę warto się zanurzyć. Ale uwaga – nie bierzcie niczego dosłownie. Zwłaszcza tego, co mówi Homelander.
Superbohaterowie z moralnym kacem
W świeżym sezonie „The Boys” pokazują, że moralność to pojęcie względne. I to bardzo. Bohaterowie, którzy powinni ratować świat, częściej go raczej depczą (czasem dosłownie). Superbohaterowie z Vought wyglądają jak chodzące kampanie marketingowe, które przeszły drogę od PR-u do PTSD. Homelander coraz bardziej przypomina emocjonalnego TikToka z laserowym wzrokiem, a jego psychodeliczne manipulacje zasługują na własny spin-off pod tytułem „Gaslighting: The Series”.
Tymczasem ekipa The Boys (czyli ci po drugiej stronie barykady, ale też nie do końca dobrzy) dalej walczy z systemem. Hughie zrzuca kolejne warstwy naiwności, Billy Butcher jeszcze mocniej uzależnia się od zemsty i… podejrzanych płynów wzmacniających. Najnowszy sezon oferuje im nowego wroga – lub raczej nowy poziom chaosu do opanowania. Gra o wszystko wchodzi w decydującą fazę, a stawki są wyższe niż kiedykolwiek.
Fabuła z twistami jak na rollercoasterze
Scenarzyści odkleili się od schematycznych rozwiązań niczym Supersonic od Ziemi (czy innej powierzchni, której nie chce dotykać). Historia trzyma w napięciu, miesza wątki polityczne, korporacyjne spiski i osobiste tragedie, a wszystko przy akompaniamencie brutalnej przemocy i czarnego humoru. To nie serial, który kawałek po kawałku sączy ci opowieść – to raczej koktajl Mołotowa w formie fabularnej, eksplodujący w najmniej spodziewanym momencie.
Największym atutem sezonu jest jego nieprzewidywalność. Nie ma żadnych „bezpiecznych” postaci, a każdy odcinek potrafi wywrócić relacje do góry nogami. Zwroty akcji, niekomfortowe dialogi, wybory moralne, które zrobimy wszystko, by nie musieć ich sami podejmować – wszystko to tylko podkręca atmosferę.
Techniczna bomba z Hollywood
Nie można też zapomnieć o realizacji. Nowy sezon „The Boys” wygląda jak rezultat współpracy między uzależnionym od CGI reżyserem a operatorem, który chce ci pokazać każdy kierunek wybuchu. Efekty są widowiskowe, brutalne i często bardzo sugestywne. Muzyka balansuje między klasycznymi hitami a psychodelicznymi remiksami idealnie dopasowanymi do akcji.
Zwłaszcza sceny walki zasługują na medal lub przynajmniej terapię dla choreografów. Każdy pojedynek wygląda jak mini bitwa o ocalenie zdrowych zmysłów widza – i często kończy się porażką. Ale taką, z której nie można oderwać wzroku.
Nowi gracze i stare demony
Nowi bohaterowie wprowadzają do serialu świeże konflikty, a także możliwość dalszego rozprzestrzeniania chaosu, jakby było go tam mało. Niektórzy okazują się jeszcze bardziej nieprzewidywalni niż dotychczasowi faworyci. Inni za to zmieniają strony niczym polityk tuż przed wyborami.
Ciekawie rozwijają się też relacje między znanymi postaciami. Starlight z coraz większą stanowczością walczy o wolność i etykę, podczas gdy A-Train gra w swoją grę wewnątrz Vought – firmie, która z czystym sumieniem sprzedałaby truskawkowe lody z domieszką plutonu, jeśli tylko dobrze by się to klikało.
Humor tak czarny, że aż połyskuje
Nie byłoby „The Boys” bez specyficznego humoru – brutalnego, sarkastycznego, często obrzydliwego. Ale też jakimś cudem trafiającego w punkt. Serial nie boi się żartować z tabu, trendów, influencerów czy… samego siebie. To satyra na XXI wiek w najczystszej – i najbrudniejszej – postaci. Każda scena, która wydaje się „za dużo”, zostaje nie tylko tam, ale i rozwinięta w kolejnym epizodzie. I chwała im za to – bo dzięki temu The Boys pozostaje absolutnie niepodrabialne.
Jeśli czarny humor z domieszką politycznej niepoprawności to coś, co sprawia, że wasz wewnętrzny cynik bije brawo – ten sezon was usatysfakcjonuje bardziej niż bilans Vought za ostatni kwartał.
Bez względu na to, czy jesteś tu dla wybuchów, głębszej refleksji nad społeczeństwem czy po prostu chcesz zobaczyć Homelanderowi odwalające kocie harce ze złości – ten sezon „The Boys” ma wszystko. Przypomina, że superbohaterowie są jak fast food: wyglądają apetycznie, ale po zbyt dużej dawce można się porządnie struć. Serial nie tylko utrzymuje swój wysoki (i szalony) poziom, ale jeszcze bardziej go podkręca, pokazując fanom, że granice są po to, by je każdorazowo przekraczać.
Przeczytaj więcej na:
https://meskiespojrzenie.pl/o-co-chodzi-w-the-boys-ile-czasu-zajmie-obejrzenie-the-boys/.